Moralność i (Rodzinny) Dom Dziecka :)



Skoro poruszyliscie temat Hjustona w komentarzach poprzedniej notki, nie mogłam sprawic, by nie został on ujawniony przed wszystkimi. Zacznijmy od początku. Lekcja niemieckiego, monotonna i nudna, dłuzyla sie niesamowicie. Tymczasem, zwierze, ktore zowia biedronka, przyciągnelo moje zmeczone oczy. Stary był ów Biedron, stwierdziłam to po jego powolnym ruchu, dlatego nie mogłam pozostawic go na pastwe losu i pozowlic na tak niegodna smierc - na brudnym i zimnym parapecie. Wiem, ze gdybym go na to skazala nie uzyskalabym aprobaty Jagody, która od samego poczatku obserwowala zachwyt malujacy sie na mojej twarzy. Postanowilysmy, ze razem zaopiekujemy sie Biedron'em. Nadałysmy mu imie Hjuston. Po krótkim czasie, stwierdziłysmy, iz Hjuston zdązył sie zaklimatyzowac w naszym srodowisku, polubił nawet Kejty, niestety bez wzajmeności. Wtedy pojawił sie problem - kto wezmie Hjustona do domu. Liczyłam sie z tym, ze dziecko w domu to duża odpowiedzialnosc. Jednak po chwili zastanowienia, oznajmilam, iż to ja sie nim zaopiekuje. Gdy zadzwonił dzwonek, Jagoda powiedziała, ze w tej sytuacji alimenty jej nie dotycza. Oburzyłam sie. Przeciez sama nie zdołam wychowac Hjustona. A szkoła, wakacje? To wszystko kosztuje w naszych czasach! Owszem, moja emerytura wystarczy na ksiązki i inne drobne wydatki, ale chciałam dla niego jak najlepiej :) Nie mogłam równiez pozwolic, by nasza kłótnia w jakikolowiek sposob odbiła sie na psychice Hjustona. Razem podjelysmy decyzje - oddamy go do domu dziecka. Przejrzalysmy gazete wyborcza i nasz wzrok przykuł wytłuszczony napis "Rodzinny Dom Dziecka pod Brzoza", krótki opis oraz zdjecie:

Chwyciłysmy za telefon i zadzwonilysmy, zeby sie zorientowac jak dojechac do owej instytucji. Po chwili wszytsko było jasne. Wsiadłysmy w linie autobusowa nr 105. W drodze zdazylysmy wszystko wyjaśnic Hjustonowi. Zrozumial. Przynajmniej odniosłysmy takie wrazenie. Pomyslałam wtedy o sobie. CO ja najlepszego wyprawiam? Jak moge oddac dziecko? Wiem, ze morlanosc nigdy by na to mi nie pozwolila, gdyby nie zaistniala sytuacja. Po niecałych 20 minutach wysiadłysmy. Kreta sciezka doprowadziła nas do wysokiego budynku ze spadzistym dachem. Hjuston nigdy nie okazywal sowich emocji. Tak tez było i teraz - wiem, ze sie denerwował. Weszlismy do środka. Przywitała nas bardzo miła kobieta. Zaprowadziła Hjustona do pokoju, w którym bedzie mieszkał. Czułam, ze bedzie mu tam dobrze. Tymczasem ja i JAgoda wyszłysmy. Nie lubie długich pozegnan. Ciekawa byłam co mysli moja towarzyszka. Zobaczyłam, ze na jej policzkach spływaja nieliczne, prawie niezauwazalne krople łez.

Teraz Hjuston fizycznie jest w Rodzinnym Domu Dziecka Pod Brzoza, jednak sercem na zawsze bedzie przy mnie.
Hjuston, jezeli kiedykolwiek bedziesz mial okazje to przeczytac to... wiedz, ze nie chciałam tego zrobic! Zawsze bedzie mi to lezało na sumieniu, i licze sie z tym, ze mi nigdy nie wybaczysz. Jednak mam cichą nadzieje, ze kiedys to zrozumiesz.

***

"Wdzieram sie w środek samotnosci, tam gdzie poznanie - koniec wiedzy; falowanie prądu powietrza; ruch w strone koniecznosci" /w.wharton "ptasiek"/



Notke te, dedykuje wszystkim, którzy we mnie wierza, tj. k8y&dżaga :)
olala 2006-01-14 16:53:46
skomentuj (12)